0

Alfabet polskiej opery: love story z Eurydyką 15 marca 2019

Dlaczego Eurydyka? – Bo gdyby nie ona, prawdopodobnie nie byłoby Monteverdiego, oper Händla, Mozarta i Rossiniego, ani wielkich dzieł Verdiego – odpowiedział mi krótko dyrektor Stefan Sutkowski. Nasza rozmowa odbyła się dawno temu, gdy jego Warszawska Opera Kameralna wystawiała „Euridice”. Od tego utworu skomponowanego przez Iacopo Periego, a pokazanego po raz pierwszy w Palazzo Pitti we Florencji w 1600 roku, zaczęła się historia opery. Muzyczne widowisko oglądała królowa francuska, Maria Medycejska, a z nią grono książąt francuskich i włoskich. Od tego czasu historia o Orfeuszu i Eurydyce wraca na scenę ciągle, może nie w wersji Periego, która dziś to szlachetny zabytek, ale przetworzona przez kolejnych autorów, aż na przykład do jednego z najzdolniejszych obecnie młodych naszych kompozytorów, Dariusza Przybylskiego. On historię Orfeusza przedstawił trzy lata temu także w Warszawskiej Operze Kameralnej. Z dużą odwagą potraktował znany mit. Orfeusz nie jest dla niego szlachetnym śpiewakiem. To egocentryk i kabotyn skupiony na sobie, jak to często z artystami bywa. A Eurydyka nie ma ochoty wracać z Hadesu na ziemię, bo byłby to powrót do skazanej na zagładę Sodomy i Gomory. Siedem lat po Iacopo Perim tę samą historię miłosną opowiedział Claudio Monteverdi, jego „Orfeusz” jest pierwszym operowym arcydziełem, które żyje nadal na scenach świata. Ponad 150 lat później losami Orfeusza i Eurydyki zajął się Christoph Willibald Gluck i zrobił to w sposób rewolucyjny. Wydał wojnę sztuce barokowej – pełnej przesady i fałszywego przepychu, sztucznym łez i drętwych póz. Pokazał, że o prawdziwych uczuciach należy opowiadać w prosty sposób, a wtedy wzruszą każdego. „Orfeusz i Eurydyka” Glucka wciąż przemawia do nas z nie mniejszą siłą niż dawniej. Kilka lat temu Mariusz Treliński dostrzegł w tej operze współczesny temat. Eurydyka popełniła samobójstwo, Orfeusz próbował dociec przyczyn tej tragedii. Wydobywał ukochaną nie z podziemi Hadesu lecz z własnej pamięci. Była tylko wspomnieniem, czy może spała obok w sypialni w ich mieszkaniu? A może tak mało w gruncie rzeczy o niej wiedział, i dlatego postanowił wreszcie spojrzeć jej w oczy? Nieprzemijająca popularność antycznego mitu wynika również stąd, że jego bohaterowie towarzyszą nam od wieków, choć noszą inne imiona i nie zawsze w ich miłość ingerują siły boskie. Kto z nas choć raz nie kochał tak mocno, że gotów był zejść do podziemnego świata, byle ratować uczucie, które zawładnęło nim całkowicie? Ta historia to archetyp uniwersalnej „Love story”, by przywołać tytuł kultowego filmu, którego bohaterami byli kolejni kochankowie rozdzieleni przez śmierć. Operowa konwencja dawnych epok buntowała się, co prawda, przeciw tragicznemu zakończeniu, u Glucka bogowie wzruszeni siłą tej miłości przywrócili w finale Eurydykę do życia. Znacznie misterniej z pułapki łatwego happy endu wybrnął Monteverdi. W ostatniej scenie pojawia się Apollo, by zabrać Orfeusza do boskiej krainy wiecznej szczęśliwości. Tam czeka już na niego Eurydyka. Znów możemy przekonać się o sile mitu, bo niemal w tym samym czasie odbyły się dwie różne premiery. Polska Opera Królewska przygotowała „Orfeusza” Monteverdiego. Spektakl ma charakter wyjątkowy, to ostatnia, dokończona już przez innych inscenizacja zmarłego niedawno założyciela i szefa tego teatru, Ryszarda Peryta. Zamarzył on sobie pokazanie utworu Monteverdiego w Sali Balowej Zamku Królewskiego w Warszawie. Spektakl przywołuje więc atmosferę pierwszej prezentacji „Orfeusza”, która odbyła się w 1607 roku w pałacu Gonzagów w Mantui. Bogaty wystrój zamkowych ścian i złota folia na podłodze wyznaczająca miejsce akcji tworzą niepowtarzalny klimat. Do tego – stylowe stroje i wystudiowane gesty wykonawców. A jednak spektakl nie sprawia wrażenia historycznej rekonstrukcji. Uświadamia bogactwo muzyki powstałej przecież w prapoczątkach sztuki operowej. W długich recytatywnych monologach Monteverdi potrafił przekazać bogactwo emocji. Zwiastunka (znakomita Anna Radziejewska) przynosząca wiadomość o śmierci Eurydyki jest wręcz wstrząsająca. Majestatyczna Nadzieja odprowadza zrozpaczonego Orfeusza do bram Hadesu, tam władcza i uwodzicielska Prozerpina (Olga Pasiecznik) prosi Plutona, by przychylił się do jego prośby. Marta Boberska z partii Eurydyki wydobywa delikatność i liryzm. A wśród nich wszystkich Karol Kozłowski niczym poeta opowiada swe dzieje. Muzyka Glucka w „Orfeuszu i Eurydyce” jest prostsza, bardziej surowa i mocniej prowokuje, by poprzez nią pokazać współczesne odczuwanie miłości i śmierci. Inscenizacja Magdaleny Piekorz w Warszawskiej Operze Kameralnej jest zatem próbą połączenia klasycznego piękna i wyrazistych, momentami wręcz gwałtownych, emocji. Znów klimat spektaklowi nadał pomysł scenograficzny. Mitologiczni bohaterowie to ożywające, piękne posągi, które schodzą z cokołów, by przekazać nam ludzkie uczucia. Problem polega na tym, że to, co najważniejsze i poruszające, Gluck jak każdy wielki kompozytor zawarł w muzyce. Młodsi wiekiem i doświadczeniem śpiewacy zaangażowani do „Orfeusza i Eurydyki” nie mają takich umiejętności jak znakomici artyści Polskiej Opery Królewskiej, by z wokalnych niuansów zbudować poruszającą historię. Magdalena Piekorz starała się zdynamizować przedstawienie licznymi scenami choreograficznymi. Są one jednak sztampowe i wtórne, choćby w stosunku do tego co niedawno oglądaliśmy w innej premierze Warszawskiej Opery Kameralnej, a przy tym nie szanują muzyki, że ten pomysł bardziej przeszkadza niż pomaga. A jednak mimo wszystko historia Orfeusza i Eurydyki nadal wciąga, bo muzyka Glucka ma wartość nieprzemijającą. Muszę jednak wyznać, że w tej opowieści jedna scena zawsze mnie irytuje, szczególnie w operze Glucka. Może nie powinienem to tym mówić, bo narażę się kobietom, ale kiedy Orfeusz wyprowadza Eurydykę z Hadesu, ona zaczyna się zachowywać niczym bohaterka z tekstów Stefanii Grodzieńskiej, która znakomicie opisywała relacje męsko-damskie. W dramatycznym momencie zaczyna zasypywać go pytaniami i pretensjami: „Czy ty mnie kochasz? Dlaczego mnie nie obejmiesz? Dlaczego nic nie mówisz? Spojrzyj na mnie, czy jestem piękna? Po co mnie obudziłeś?”. Zastanawiam, czy kobiety w takich chwilach nie są w stanie dostrzec powagi sytuacji? A może poprzez Eurydykę bogowie wystawiają na próbę nas, mężczyzn, badając, czy dla kobiety jesteśmy zdolni złamać najważniejsze przyrzeczenie?

Jacek Marczyński

Krytyk i publicysta muzyczny

 

Źródło:

https://kultura.onet.pl/muzyka/wywiady-i-artykuly/alfabet-polskiej-opery-love-story-z-eurydyka/n583fld

  • Udostępnij
Font Resize
Contrast